CIEMNA WODA I JASNE SŁOWO
Półciemny skwer: drzewa, ławki, ziemia, wszystko pachnie kurzem. Sierpień. Późna noc, jednak nadal nie czuć chłodu, choć rzeka znajduje się niedaleko, trzeba zejść trochę w dół. Cały rok to miejsce należy do najtłumniejszych w tym wielomilionowym mieście, cały rok pełno tu od ludzi, od twarzy nacechowanych udręką i powagą. Tak jest cały rok, ale nie teraz; w sierpniu mieszkańcy opuszczają miasto, pozostawiają je turystom, których sporo tu za dnia; nocą gromadzą się oni w kilku punktach jasnych i rojnych do rana, jednak punkty te znajdują się daleko stąd.
Stary człowiek przybył do tego miasta kilka tygodni temu i znał je nie od dzisiaj. Przeżył w tym mieście swój rozdział, niemal każdy ma swój rozdział w tym mieście. Nie wiadomo, jak do tego dochodzi. Zawsze przyjeżdżają – by studiować, szukać pracy, przyjeżdżają, by pohulać, by przeczekać, poszukać schronienia, azylu, ratunku, przyjeżdżają, a miasto przygarnia wszystkich, jakże go więc nie kochać? Dawniej stary człowiek przyjeżdżał nieraz, lecz teraz przybył w innym charakterze, teraz był to przyjazd poważny, może nawet ostatni. Światem raz po raz targają szalone fale, które przepędzają ludzi z jednego miejsca na drugie. Stary człowiek opuścił kraj po życiu, o którym da się powiedzieć wszystko, co się chce, każda ocena będzie słuszna. Można więc powiedzieć i to: opuścił swój kraj, bo doznał obrażeń na duszy. Jednakowoż gdy przybył, stwierdził, że jest bardzo stary. Zanim wyjechał, powiedział sobie: przecież ktoś się znajdzie, kto poda mi rękę... Czarne dno uprzedziło go, że nie znajdzie, i okazało się, że miało ono rację. Od kilku dni w reakcji na rosnąca samotność płacz stale podpływał mu do gardła. Starał się z kimś rozmawiać, ale nikogo nie obchodził, nikogo. W metrze często tracił oddech, stawał pod ścianą, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Nie zwracano nań uwagi. Stary człowiek coraz częściej widział, że w urodzie tego miasta tkwiło wiele ofiar. To one się składały na jego gorzkie piękno.
Teraz późną nocą, na półciemnym skwerze, myśl ta powróciła. Tym razem – jakby się z nią pogodził. A jednak zaczął płakać, zrazu cicho, potem coraz głośniej, coraz okrutniej. Gdy tak płaczą młodzi ludzie, zawsze można doszukać się jakiejś nadziei, lecz tutaj dno był jak stara woda czarne: wszystko było skończone, zamknięte. I wszystko od początku było chyba pomyłką, skoro mogła nadejść taka noc w tym wielkim mieście, bez jednej bliskiej duszy. Wciąż płakał.
Po pewnym czasie jednak płacz począł w nim zacichać. Natrafił na słowo: zobaczymy, i choć nie zwrócił na nie większej uwagi, przecież uspokoił się, wytarł oczy i wstał. Krocząc ulicą niewiarygodnie cichą, jedyny hałas czyniły światła, powtarzał sobie: zobaczymy... Opuścił skwer, by pójść nad rzekę, lecz poczuwszy głód, zmienił kierunek. Biła od tego słowa jakaś jasność. Żując powoli i uważnie bułkę z serem na tarasie kawiarni nadal powtarzał sobie: zobaczymy... Wreszcie jasność tego słowa położyła się na czarnej tafli wody i gdy wstał, nie skierował się ku rzece, lecz w stronę przeciwną, ku miastu.
| « poprzednia | następna » |
|---|










